Ze względu na wysokie poparcie społeczne ekologia staje się narzędziem do praktyk zamykania rynków i ograniczania konkurencji.
Jak każdemu człowiekowi kochającemu przyrodę, zależy mi, aby moje dzieci oddychały nieskażonym powietrzem, piły czystą wodę i spożywały naturalną żywność. Wakacje spędzam zwykle zaszyty w głębokim lesie, a każdy wolny weekend – w górach. Nie jestem jednak fanatykiem, zwłaszcza, gdy widzę w jaki sposób postawę odpowiedzialną ekologicznie wykorzystuje się do działań politycznych i gospodarczych, nie mających nic wspólnego z ochroną środowiska naturalnego.
Doskonałym przykładem jest walka z emisją dwutlenkiem węgla, coś, co jest w swej istocie absurdalne. Niezależnie czy jest się zwolennikiem hipotezy o antropogenicznym efekcie cieplarnianym, czy nie, należy przyznać, że podejmowane działania nie mają wpływu na ochronę klimatu, ale są świetnym biznesem dla rzutkich polityków, biurokratów i firm sprzedających nowe technologie.
Podobnie ma się na rynku produkcji i sprzedaży żywności oraz dóbr codziennego użytku.
Oznakowania ekologiczne, niezależnie czy są umieszczane przymusowo czy dobrowolnie, stają się elementem walki ideologicznej oraz narzędziem marketingowym, nie mając nic wspólnego z rzetelnym informowaniem konsumenta o pochodzeniu czy właściwościach danego produktu. Firmy, które starają się o uzyskanie ekologicznych certyfikatów, skarżą się, że proces certyfikacji sprowadzony jest w zasadzie do wniesienia słonej opłaty za możliwość umieszczenia danego znaku na opakowaniu. W efekcie o „ekologiczności” produktu decyduje „haracz” na rzecz określonej organizacji. Wówczas nie ma mowy, aby zarówno produkt, jak i praktyka przyczyniały się do ochrony środowiska naturalnego.
Jeszcze gorzej, gdy organizacje decydujące o przyznawaniu certyfikatów kontrolują całe łańcuchy dostaw, jak się ma to np. w praktyce tzw „fair trade”. W tym przypadku rynkowy mechanizm cen, a informacja cenowa, obok informacji jakościowej jest podstawowym źródłem podejmowania decyzji konsumenckich, jest zastępowany mechanizmem marketingowym. Konsument zawierza bowiem etykiecie, godząc się na zapłatę wyższej ceny niż zwykle. W praktyce okazuje się jednak, że najwięcej zyskują na tym organizatorzy całego systemu oraz pośrednicy. Producenci oraz konsumenci nie odnoszą w tym przypadku spodziewanych korzyści.
Obecnie Komisja Europejska pracuje nad projektem, który będzie zmuszał producentów żywności do umieszczania informacji ekologicznych na swoich produktach. Jakkolwiek idea brzmi szlachetnie, sprawa jak zwykle ma drugie dno. Rzeczywistym celem takiej praktyki ma być zamknięcie rynków europejskich przed importem tańszej żywności spoza UE. Jedynym efektem takich praktyk „zielonego protekcjonizmu”, może być wyłącznie wzrost cen żywności na rynkach międzynarodowych.
Jak to wygląda w praktyce doskonale pokazuje rynek olejów spożywczych. Europejscy producenci olejów od wielu miesięcy zastanawiali się w jaki sposób ograniczyć konkurencję ze strony firm azjatyckich. W sukurs przyszły im organizacje o skrajnych poglądach na ochronę środowiska. Wspólna kampania europejskich producentów olejów i radykalnych ekologów miała na celu zwrócenie uwagi, że konsumenci kupujący tani olej palmowy z Malezji, przyczyniają się do karczowania lasów w tym kraju i w rezultacie do pogorszenia warunków bytowych zamieszkujących tamte tereny zwierząt. W rzeczywistości Malezja chroni ponad połowę swoich zasobów naturalnych, ponad dwukrotnie wiele niż wiele krajów europejskich. Umieszczanie informacji o pochodzeniu surowca ze źródeł „zrównoważonych” ma skłonić konsumentów do zrezygnowania z zakupu olejów importowanych.
Jest to typowy przykład protekcjonizmu. Największymi entuzjastami umieszczania ekologicznych informacji na produktach są największe firmy spożywcze świata. Natomiast producenci taniej, w rzeczywistości bardziej ekologicznej żywności, muszą liczyć się z dodatkowymi kosztami produkcji, co wpłynie na wzrost cen i zmniejszenie rynkowej konkurencji.
Przymusowa certyfikacja ekologiczna, nie jest więc działaniem na rzecz ochrony środowiska, lecz przejawem inżynierii społecznej, bazującej na arbitralnie rozumianej ekologii. Jeśli przy procesie certyfikacji miałyby uczestniczyć organizacje reprezentujące skrajne poglądy na ochronę natury, mielibyśmy do czynienia z ideologicznym forsowaniem określonych zachowań konsumenckich.
Od wieków klienci przy wyborze produktów kierowali się kryterium ceny, jakości czy użyteczności. Obecnie racjonalne zachowania mają zostać zastąpione bezmyślnym uleganiem myślowej kalkomanii.
Jeśli na produkcie kupionym w supermarkecie zobaczymy zielony listek, mamy przekonanie, że kupiliśmy produkt ekologiczny, wyrobiony na podstawie surowych norm środowiskowych, ze składników odnawialnych, naturalnych, przynoszących nam i zaangażowanym w proces produkcji społecznościom lokalnym same korzyści. Niestety, gdy przyjrzymy się detalom, okazuje się, że certyfikat wydała lipna organizacja, produkt powstał w laboratorium, a jego ekologiczność można określić pejoratywnym stwierdzeniem „sama chemia” (choć jestem zdecydowanym przeciwnikiem jego nadużywania i kojarzenia „chemii” wyłącznie z produktami szkodliwymi).
Dlatego uważam, że Udowodnienie troski o środowisko naturalne powinno leżeć w wyłącznej gestii producentów Oni sami będą wiedzieli, jak nas poinformować, że ich produkty przyczyniają się do ochrony zasobów naturalnych i są korzystne dla naszego zdrowia. Po naszej stronie – konsumentów – leży weryfikacja tych informacji. Jeśli nie chcemy czuć się rozczarowani, nie ma co liczyć, że wyręczą nas urzędnicy Komisji Europejskiej.






